ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

uległość kobbieciarnia

Uległość to nasz kolejny „hamulcowy”, który powoli, ale skutecznie zakłada nam kajdany i knebluje usta, aby finalnie wcisnąć nas do ciemnego lochu, w którym nikt nas nie znajdzie i nikt już nie usłyszy. Słuchając jej podszeptów, znikniemy i gwarantuje wam, że nikt tego nie zauważy…

Kto chce być przezroczysty niech już zakończy czytanie i pozostanie we własnym świecie, a tych, którzy przezroczystości mówią stanowcze „nie”, zapraszam do dalszej lektury.

Zazwyczaj dominacja uległości nad naszym zachowaniem zaczyna się całkiem niewinnie.  Każde kolejne wyzwanie wymagające konfrontacji czy to z szefem, współpracownikami, czy nawet w kwestiach codziennych, ma z góry ustalony scenariusz, który wykorzystuje coraz to bardziej wymyślne uzasadnienia. Zamiast walczyć o swoje racje nachodzą nas myśli: „tym razem odpuszczę…„, „nie chce mi się z nim przepychać„, „dam sobie spokój, po co mam się denerwować„, „pewnie jego rozwiązanie jest lepsze”. Tym sposobem rozpoczyna się proces powolnej hodowli źle pojętej pokory, i drogie kobiety, nazwijmy rzecz po imieniu: bezwstydnego lenia. Przyzwyczajamy się do wygodnego w swej istocie odpuszczania sobie i usuwania się w cień.

Co gorsza, próbujemy sobie wmówić, że taka postawa jest dla nas dobra, że chociaż „i tak wiemy swoje”, to wskutek przemilczania oszczędzamy sobie czasu, nerwówki i stresów. Niestety jest to równia pochyła na samo dno czeluści uległości. Z czasem nasza postawa, skądinąd, nic nie wnosząca do dyskusji, sprawia, że stajemy się  przeźroczyści, i… znikamy. Nasze aprobujące wszystko milczenie, odbiera nam status członka zespołu; nie zajmujemy równorzędnego stanowiska i nikt od nas tego nie oczekuje.

Jak nas wówczas widzą inni?

Wnioski nasuwają się same. Dla gremium jesteśmy osobami pozbawionymi własnego zdania, nijakimi, bezbarwnymi, nieciekawymi. Nasza rola sprowadza się do uzupełnienia statystyki obecności, a nasz potencjalny głos jest przedmiotem manipulacji i wewnętrznych rozgrywek. Wiadomym jest, że zgodzisz się na wszystko, a w razie możliwości wyboru „pójdziesz” za tłumem.  Nikt nie doceni Cię za milczenie i brak własnego zdania; nawet jeśli, ku zaskoczeniu wszystkich, takowe posiadasz – świat o nim nigdy nie usłyszy. A jeśli czegoś nie widać, nie słychać to tego po prostu nie ma…

Jak to wróży waszej karierze?

Nijak. Nie sądzisz chyba, że ktoś potrafi dojrzeć jakikolwiek talent w tak niewidocznej osobie? Myślisz, że ktokolwiek zastanowi się i podejmie wyzwanie, aby „wyciągnąć” z ciebie prawdziwe myśli, motywację, pragnienia? Myślisz, że ktoś dojrzy w tobie potencjał i ku zaskoczeniu wszystkich wypchnie na sam szczyt? Serio? Tak właśnie myślisz?

Cena?

Chcielibyśmy, aby nasze życie upływało pod znakiem  gloryfikowanego tzw. świętego spokoju. Na co się zatem godzimy? Cena być może nie jest wygórowana. Życie w świętym spokoju, to chęć bycia niezauważonym, to brak własnej inicjatywy oraz brak zainteresowania i oczekiwań ze strony osób trzecich. Ceną będzie milczenie i potakiwanie innym, wszakże wiedzą i znają się na tym lepiej. Prawda?

Jeżeli już przeszliśmy powyższy etap – śmiało – chodźmy dalej. Teraz, zgodnie z wolą naszego kompana podejmujmy działania, które są wbrew naszym wartościom, wiedzy, interesom. Działanie wbrew sobie, mimo iż  jest dla nas szkodliwe, to jednak nie nastręcza nam dodatkowych trosk i stresów związanych z walką o własne racje. Co z tego, że nie zgadzasz się w pełni z zaproponowanym rozwiązaniem, nie protestuj. Chyba nie chce ci się tłumaczyć dlaczego jest ono kiepskie.

Być może z czasem zacznie ci doskwierać frustracja, a i nierzadko pogarda do własnej postawy. Ale już coraz trudniej będzie ci zaprotestować i wyjść z cienia. Tu jest przecież tak miło i przytulnie…

Finał!

Osiągnąłeś cel: zostajesz odsunięty od najbardziej poważnych i intratnych spraw, nie mówiąc już o tym, że z drabiny twojej kariery zostały usunięte wyższe szczeble. W zamian za  swój „święty spokój” otrzymujesz pakiet nieistotnych zadań, przypadkowych zleceń, które tak jak ty, nie wnoszą do firmy istotnej wartości. Zostajesz wepchnięty do zespołu, który wykonuje podstawowe polecenia, (być może powinieneś przypomnieć sobie jak zaparza się kawę na dziesięć różnych sposobów). Często, o twoim istnieniu inni będą sobie przypominać wówczas, gdy komuś trzeba będzie przypiąć rolę kozła ofiarnego. I o ironio jest to jedyny moment, gdy cię zauważą. Ale niestety tylko po to, aby zakończyć z tobą współpracę.

Czy taka wizja Ci odpowiada? Jeśli nie, zacznij walczyć o siebie; nie tylko wirtualnie, ale i realnie! Zacznij działać! Walka o siebie trwa!

 

Pozdrawiam,

Katarzyna Daniek

właściciel w: Euforja.pl

- A word from our sposor -

Hamulcowy nr 2. Na imię mu… Uległość