„Kryśka spod lasu pęknie z zazdrości, wnuczek pracuje w Korpo”. Czy Korpo = sekta?

0
174

Mój ostatni artykuł wywołał szum wśród ludzi pracujących w korporacjach. Jedni się z nim zgadzają, inni nie. Są też tacy, którzy postanowili dołożyć łyżkę dziegciu i pójść o krok dalej.

Nieoczekiwanie otrzymałam maila od pana Marcina Stankiewicza, który postanowił podzielić się swoją opinią. Poniżej jego treść:

„Z niesłabnącym zainteresowaniem przeczytałem wpis „Człowiek jak szafka na kartę magnetyczną, czyli korpo XXI wieku” i jako pracownik korpo od kilku lat, chcę podzielić się własną refleksją na temat „współczesnego niewolnictwa”.

Muszę przyznać, że przytoczone w tekście przykłady zasad czy postaw w stu procentach pokrywają się z rzeczywistością. Można ich jednak jeszcze sporo dołożyć.

„Korpo to już nie tylko praca po godzinach, wyrabianie norm (targetów – to takie modne słowo!) czy lancz brejki (przerwy obiadowe) z kolegami z pracy, kiedy ma się jedyną okazję obgadać szefa (menago) albo znienawidzoną koleżankę…”

To także anglicyzmy wrzucane na siłę w treść maili czy biznesowych rozmów, coraz częściej niestety trafiające do języka codziennego.

W pracy teraz nie wykonuje się zadań, tylko taski, wdrażanie nowych procesów czy usprawnianie starych to zawsze są prodżekty, ba, nawet teraz nie chodzi się do drukarki – do tego służy printrum. Pokój relaksu to biczrum, sale konferencyjne – miting vilydż, a funkcję sekretariatu przejęły reprezentacyjne i przestronne risepszyn, gdzie jedna bądź dwie panie z wiecznie przyklejonym, nieszczerym uśmiechem muszą witać gości, załatwić papier ksero i wskazać, którędy dojść do lift (windy). Kiedy spędzi się minimum 8 godzin w podobnej atmosferze, trudno po pracy nie iść na szoping (zakupy) po gifta (prezent) dla męża, zwłaszcza gdy w galeriach handlowych akurat są big sejl (wyprzedaże).

Pal licho anglicyzmy – językiem urzędowym korporacji najczęściej jest angielski, więc utykają one w głowie. Ale są niestety ludzie, którzy anglicyzmów, używają na siłę. Zwłaszcza, kiedy chcą się pochwalić czy przekonać kolegę z rodzinnej wioski, że złapali szczęście za nogi, bo pracują w korporacji. Udowodnić, że są tacy nowocześni, globalni, otwarci. No i nauczyli się dziesięciu podstawowych zwrotów w języku Szekspira. A wszystko, co obce, szczególnie zachodnie – przez lata robiło na Polakach niesamowite wrażenie. Szczególnie, gdy ładnie i obco się nazywa, nawet, gdy nie wiadomo, co to jest. Drukarka to przeżytek, ale printer – to już brzmi dumnie! Osobiście znam kilka osób, które prowadzą rozmowy w taki sposób, by wrzucić jak najwięcej najs, fensi czy lajk w jedno zdanie. To ci z tego gatunku, co nawet Brzęczyszczykiewicz przerobiliby na inglisz (angielski).

Inna sprawa, to nasilające się ostatnio zjawisko, które nazywam korpopropagandą (albo gorzej, ale tutaj mi nie wypada). Polega to na karmieniu pracowników czymś w rodzaju gomułkowsko-gierkowskiej propagandy sukcesu.

„Nie ma dnia bez maila rozsyłanego do wszystkich pracowników przez działy PR, jak to wspaniale, że pracujesz w firmie X, jesteś częścią globalnej marki Y, każdy dzień w zespole firmy Z to twój osobisty sukces…”

Do tego należy doliczyć modne ostatnio taun hole (propagandowe akademie ku czci korpo, obecność z reguły obowiązkowa), na których można odlecieć w kosmos, słuchając o stale rosnących zyskach firmy, wzroście zatrudnienia, rozpoznawalności w branży itp. Choćby do korpo wszedł syndyk i komornik zajął konto, sytuacja jest najlepsza od kilkunastu lat, ale podwyżek niestety nie będzie, bo w trosce o imidż i przychody firmy należało zakupić dla każdego członka zarządu prywatny odrzutowiec. Korpopropaganda uprawiana jest na każdym szczeblu – w postaci kouczingów (jak to nazwać po polsku???) przez niższą kadrę menedżerską, kiedy to usiłuje się uchylić drzwi do mózgu pracownika i zaszczepić mu skutecznie, że selfdevelopment (samorozwój) i korporacja to dla niego najwyższe wartości, zaraz po miłości do rodziców i Ojczyzny. Spróbujcie powiedzieć, że nie czujecie się pewnie, wykonując jakieś trudniejsze zadanie – no jak to, przecież to jest taki big czelendż (wyzwanie) dla ciebie! A kto nie czelendżuje, tego można łatwo wymienić na inny model, choć w realiach dzisiejszego rynku pracy, takie argumenty padają na szczęście coraz rzadziej.

Cóż, ziarno, które trafi na podatny grunt przyniesie obfity plon. Mogę ironizować, wyśmiewać, krytykować zasady korpo – ale wciąż z przerażeniem obserwuję, że jest masa ludzi, którzy tę korpopapkę łykają, jak bocian żabę.

„Ludzie sami dają się automatyzować i pozbawiać samodzielnego myślenia. Niestety, w dużej mierze dotyczy to ludności napływowej z małych miast i wsi. Dla tych, którzy przez dwadzieścia lat oglądali z okna tylko stodołę albo sklep Społem, praca w szklanym, nowoczesnym biurowcu staje się uosobieniem spełnienia marzeń o wielkim świecie…”

I niestety – zrobią wszystko, by z tego świata nie dać się wyciągnąć. Podkablują koleżankę, zostaną po godzinach, usiądą w pierwszym rzędzie i na żądanie będą bić brawo podczas taun hola, bo muszą udowodnić, że im zależy. No i oczywiście nawet na urlopie czy weselu kuzynki identyfikują się ze swoim korpo. Kiedy próbuję ich uświadomić, że to nie jest tak, jak w „Modzie na sukces”, wchodzą w stan przedzawałowy. A jak pojadą tradycyjnie na weekend po słoiki i powiedzą, że są Głównym Operatorem Kserokopiarki w amerykańskim (!) banku, to Kryśka spod lasu pęknie z zazdrości, a babcia z dumą pójdzie na nabożeństwo majowe, żeby powiedzieć sąsiadkom, że wnuczek pracuje w takiej dużej firmie, co to ją pokazywali kiedyś w „Dynastii”. Zrozumiałbym taką postawę jeszcze kilka lat temu – kiedy bezrobocie było wysokie, a po studiach szło się na kasę do „Biedronki” – ale teraz, gdy ofert pracy w korpo jest więcej, niż chętnych? Dawniej każdy bał się o swoją posadę, ale teraz jest o nią zdecydowanie łatwiej.

Jak świat długi i szeroki, korporacje będą istnieć i pewnie będzie ich coraz więcej. Szkoda tylko, że zasilają je w coraz większym stopniu karierowicze, którzy za stałą umowę i podwyżkę inflacyjną są w stanie zrezygnować z własnej osobowości i przyjmować z góry narzucone schematy. Często się zastanawiam, jak długo ten chory system bezgranicznej ufności i ślepej lojalności będzie podobać się ludziom. Ale jak obserwuję od poniedziałku do piątku – korporacyjni ministrowie propagandy długo nie mają się czego bać.

Pozdrawiam,

Magdalena Sapińska

polityk, manager, wykładowca

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here