ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Wiem, że statystyki małżeństw, które kończą się rozwodem, gdy para traci dziecko są naprawdę wysokie. My, straciłyśmy swoje. Po latach zmagania się z niepłodnością, emocjonalną podróżą w nieznane, bezgranicznej modlitwie i oczekiwaniu na cud, utrata naszego upragnionego maleństwa, była prawdziwym testem wiary. Testem, którego nikt z nas nie miał siły przejść…

Zakochałam się w moim mężu z tysiąca powodów. Był moim najlepszym przyjacielem, uważałam, że dopasowaliśmy się jak puzzle. Chętnie spędzaliśmy razem czas, dzieliliśmy te same nadzieje i marzenia, głośno śmialiśmy się z tych samych powodów; mieliśmy naprawdę dobre życie.

Nie sądzę, że możesz poznać siłę jakiegokolwiek związku, dopóki nie przychodzi Ci walczyć. Łatwo jest kochać kogoś, gdy życie jest „łatwe”. Kochanie kogoś, gdy pod nogami piętrzą się problemy to prawdziwy wyczyn. Zwłaszcza, gdy nie chodzi o permanentnie nie zamkniętą klapę sedesu, ani za słone zupy. Zwłaszcza, kiedy przyczyną smutku jest utrata dziecka, a związany z nią próg bólu, wykracza poza Twoje zmysły.

Miesiące po utracie maleństwa spędziłam na dochodzeniu do siebie. Starałam się trzymać głowę nad wodą, aby nie utonąć w rozpaczy. Łudziłam się pragnieniami i nadziejami na bycie matką w przyszłości. Nie zmieniało to faktu, że nasze maleństwo umarło. Byłam dumna twierdząc, że „dobrze sobie radzę”, gdy przez kilka godzin z rzędu nie płakałam. Godziny stały się dniami. Sięgałam do siły innych – rozmawiałam z ludźmi o swoim bólu. W internecie znalazłam wsparcie matek, którzy wiedziały co to znaczy, zmuszać się pamiętać – pamiętać, aby oddychać.

Gdzie był wówczas mój mąż? Był przy mnie w szpitalu, był przy zgonie naszego dziecka, był po mojej stronie i nigdy jej nie opuścił. Był jednak fizycznie – stał blisko, u mojego boku. Choć powinnam być szczęśliwa, w tym czasie – nic nie było proste. Samo „bycie” nie wystarczało. Nie miało szans z wszechogarniającym smutkiem.

Dorastałam w rodzinie „gadających”. Rozmawialiśmy ze sobą; gadaliśmy i plotkowaliśmy bez ustanku o tym, co się dzieje w naszym życiu. Pokazywanie emocji było nie tylko akceptowane, ale wręcz pożądane. Nigdy nie odczuwało się wstydu w okazywaniu słabości. Mój mąż wychował się w bardzo introwertycznej rodzinie, która nigdy nie dyskutowała; emocje i uczucia były w niej skrzętnie ukrywane. Rozmowa o wszystkim, co można by uznać za słabość, nie mogła mieć miejsca.

Co dzieje się więc, gdy jesteś tak zajęty, staraniem się, aby utrzymać „głowę nad wodą”, że tracisz partnera z pola widzenia? Nagle człowiek, który powinien być tym, który rozumie Twoją stratę lepiej niż ktokolwiek inny, staje się całkiem obcym facetem. Staje się tym, który sprawia, że ​​czujesz się winna, a każda myśl o Waszej wspólnej, wymarzonej „rodzinie”, boli; bez ustanku wywołuje płacz i odrętwienie.

Byłam przyzwyczajona do wyroku, z którym wychodziłam do obcych, znajomych i rodziny. Obwieszczałam złą nowinę, niczym anioł śmierci, siejąc tylko płacz lub milczenie. To bolało, ale nie tak głęboko, jak bycie ocenianą przez własnego męża. Dwóm osobom, które kochały się bez granic, podzielały te same nadzieje i marzenia, los roześmiał się w twarz i z dnia na dzień sprawił, że, stały się dla siebie obce.

Po miesiącach walki o zaakceptowanie skali strat, zostawił mnie.

Spędziłam rok na znalezienie uzdrowienia, dotarcie do miejsca, w którym mogłam oddychać. W końcu znalazłam się w punkcie, z którego widziałam znów nadzieję na odzyskanie radości z mojego życia. Byłam podekscytowana i gotowa, aby wrócić do siebie. I do niego. Zacząć wszystko jeszcze raz.

Ale on wyszedł.

Podczas gdy ja rozmawiałam z innymi, dzieląc się boleścią serca, on budował ściany. Był złośliwy, oburzony i zraniony. Oboje tonęliśmy. Oboje byliśmy zdruzgotani. Oboje boleśnie odczuwaliśmy największą stratę w naszym życiu. Nie wiedzieliśmy, jak zmierzyć się ze smutkiem. Przez kilka miesięcy ledwie rozmawialiśmy.

           Nagle wyszedł z domu i już nie wrócił. Nie dlatego, że nie chciał ze mną być, nie dlatego, że przestał mnie kochać, ale dlatego, że oboje znaleźliśmy się w nowym życiu, którego żadne z nas, nie chciało być już częścią.”

On – nie chciał powrotu, ja – nie przestałam jednak walczyć. Znaleźliśmy drogę do terapeuty rodzinnego. Pomógł nam zrozumieć, że chociaż oboje utraciliśmy dziecko i łudziliśmy się, że czujemy to samo, dla każdego z nas, kwestia prezentowała się zgoła inaczej. Jako matka, pamiętam fizyczny ból porodu. Pamiętam, jak czułam w sobie ruchy dziecka. Odczuwałam stratę w zupełnie inny sposób. On cierpiał, bo czuł się bezsilny. Był mężczyzną – powinien był nas ocalić. Nie podołał, a wyrzuty sumienia i pogarda do samego siebie nie pozwalały mu zbliżyć się do mnie jak dawniej.

Ja zrozumiałam, że nie mogę się obwiniać, on zdał sobie sprawę, że nigdy nie narzekał. Szkoda – powinien był. Oboje przebaczyliśmy sobie nawzajem – ból, zrezygnowanie z siebie, brak komunikacji.

Nie wierzyłam w terapię. Nigdy nie sądziłam, że realnie pomaga. Okazało się jednak, że to ona pozwoliła nam odnaleźć coś, co poza dzieckiem, utraciliśmy w ostatnich miesiącach. Odnaleźliśmy siebie. Zorientowaliśmy się, że znów, jak nigdy – potrzebujemy siebie nawzajem. Bardziej, niż każdy z nas, chciał to przyznać. Musieliśmy wybaczyć sobie nawzajem. Tylko my, mogliśmy siebie zrozumieć – tylko my, straciliśmy naszego syna, wiedząc to, jak cudownym byłby dzieckiem. Któż inny mógł pojąć istotę rzeczy?!

Straciliśmy naszego chłopca. Wiele modlitw dla otwartych serc, przyniosło mądrego doradcę, przy którym mogliśmy spotkać się wreszcie, ze wspólnym sercem i umysłem. Kochamy się. Zrozumieliśmy, że daliśmy sobie to, co każde z nas miało najlepszego, a mimo to, w najgorszych dniach naszego życia – okazało się niczym. Dziś wiemy już, dla otwarcia zaryglowanych drzwi, ciche pukanie nie wystarczy. Musieliśmy spojrzeć na siebie „wprost”. Zaakceptować stratę i wybaczyć ją sobie wzajemnie.

Straciłyśmy naszego chłopca, ale znów się spotkaliśmy. A dziś, po wszystkich bojach – to właśnie nasze „szczęśliwe” zakończenie…

Na podstawie historii mojej przyjaciółki, Moniki K. –

dla Czytelniczek KoBBieciarni, Magda Nikiel

- A word from our sposor -

Najpierw straciłam dziecko. Później odszedł On. Nieszczęścia odchodzą parami…