ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

relateka rodzicu dorośnij kobbieciarniaKiedy zaczynam rozmawiać z ludźmi o „konkretach” na temat ich relacji z otoczenie, okazuje się, że rozmówcy zainteresowani są rozmową tylko dotąd, dopóki nie dotyczy ona bezpośrednio ich osoby. „Ten źle gada”, „ten nie umie”, „ta tylko krzyczy”, „ten to, a tamta tamto”… O sobie – ani słowa.

Refleksja bywa czasem wyjątkowo nieprzyjemna. Szczególnie, gdy okazuje się, że mamy na koncie dorastające dzieci…

Pani, ja już nie potrzebuję żadnych kursów! Ja mam dorosłe dzieci”. – zdarza mi się usłyszeć i zupełnie wbija mnie to w podłogę. Dlaczego? Bo dzieci ma się całe życie. Ludziom trudno jest pojąć tę prostą prawdę – tak samo ważna jest komunikacja z oseskiem, jak i z nastolatkiem.

Zdarza się także, iż „optymiści” od maluchów twierdzą, że problemy rosną razem z dziećmi, które dopiero z wiekiem potrzebować mogą naszej pomocy. Póki co zaś, przy małym wzroście i potrzebach – świetnie dają sobie radę.

Trudno się z tym zgodzić. Ich problemy mają bowiem zgoła inny wymiar. Nie oznacza to jednak, że jedne są ważne, a inne – zupełnie błahe. Trudno zestawiać je ze sobą i hierarchizować.

Dbamy o swoją karierę, prześcigając się pracą w co i rusz to bardziej prestiżowych przedsiębiorstwach. Walczymy o kolejne kursy, staże, szkolenia i warsztaty, często nawet sami opłacamy je dla siebie, w celu zwiększenia kwalifikacji. 

Dlaczego zatem równie silnie nie inwestujemy swojego wysiłku w szkolenia dotyczące rodziny? Czyżby życie osobiste i rodzinne było dla nas „czymś gorszym”, mniej ważnym? Może i rodzina nie da nam „zarobić” dodatkowej pensyjki. Ofiaruje jednak to, czego za pieniądze kupić się nie da.

Dzieci mamy całe życie. Gdy są małe skupiamy się na ich higienie, pielęgnacji itp. Pierwszy kryzys przychodzi, gdy dziecko ma około 2 lat. Chce tylko „samo„, powtarza: „mama idź!„, „zostaw!„. To trudne. Bywa, że szukamy pomocy, czasami dajemy w tyłek (nie popieramy!) lub przekupujemy z nadzieją, że to minie.

Następny kryzys, który może zabrać wszystko – włącznie z dzieckiem, to kryzys nastolatka. Tu, trudno o przekupstwa lub metody lękowe. Jeśli na tym etapie brak nam nici porozumienia z potomkiem, przepadliśmy jako rodzice.

Wciąż pobrzmiewa mi w uszach: „Pani, ja mam już starsze dzieci”.

– Czy to oznacza proszę Pana, że już ich Pan nie wychowuje, że spisał je już Pan na straty? Nic was nie łączy? Relacja trwa między ludźmi całe życie, ale tylko pod warunkiem, że dbamy o nią ciągle i zabiegamy o miłość naszych bliskich.

Osobiście wciąż czuję się dzieckiem swojej mamy, mimo moich prawie 40 lat na karku. Dzieci zawsze będą dziećmi i z samego faktu „bycia dzieckiem” zasługują na to, co najlepsze. Lubię, gdy mama pamięta o mnie w Dniu Dziecka – zawsze sprawia mi czymś przyjemność. A dlaczego nie? Czyż przestałam być jej córką z chwilą przekroczenia progu dorosłości?

Nie spisujmy nastolatka na straty, ani nie zrzucajmy winy na innych. Douczajmy się, trenujmy, dbajmy o rodzinę i nasze dzieci – bardziej niż o firmę lub pracę.

Thea Nelander : „Hard world. Strong girl„:

It’s not very easy to be a 15 year old teenage girl in the year of 2013. You’re trying to find who you really are. You’re trying your best to get good grades to show all the adults that you’re not worthless, that there’s still hope for you. You’re trying to get to bed before 1 o’clock in the morning, so that you can wake up a few hours later and only be a half-asleep zombie.” T. Nelander

Pozdrawiam,

Anna Rozdejczer

autorki bloga: Dogadani

współautorka: Relateka

- A word from our sposor -