Dziennik podróży Ani Berezowskiej – Laos

0
617

Ostatnie dni spędziłam na południu Laosu. Miałam okazję poznać go od podszewki. W mojej opinii, Pakse nie wyróżnia się niczym szczególnym. Decydując się jednak na ominięcie okolic tego miasta (Bolaven Plateau) możemy wiele stracić. Piękne wodospady, plantacje słynnej, laotanskiej kawy i wreszcie… nadzwyczaj urokliwa wioska Katu!

Z Pakse można wykupić całodniową wycieczkę do miejscowości Paksong. Można dotrzeć tam także wynajmując skuter lub wsiadając w lokalny bus. Ja, ze zmęczenia powodowanego ostatnimi, intensywnymi wojażami, wybrałam wycieczkę. Nie było najgorzej, ale jeśli macie czas i siłę, najlepszą opcją jest tutaj wynajęcie skutera. Można wypożyczyć go na kilka dni i zatrzymywać się w przydrożnych wioskach nad wodospadami, w prostych, ale malowniczych bungalowach. Szczerze mówiąc już pierwszego dnia szukałam kogoś, kto chciałby ze mną przejechać okolicę i poprowadzić skuter – niestety nie znalazłam. Być może dlatego, że spotkałam tu zbyt wiele osób poturbowanych w przeszłości wypadkami na skuterach. Cóż, ruch drogowy w Azji rządzi się innymi prawami, a ja nigdy skutera nie prowadziłam. Wolałam zatem zrezygnować z tej wątpliwej w skutkach, lekcji nauki jazdy. Zwłaszcza, ze placem manewrowym miały okazać się dzikie drogi Laosu…

dzienniki podróży ani berezowskiej kobbieciarniaKatu.

Na miejscu, dostrzegłam inną stronę Laosu. Plemiona Katu zachowują tradycje kraju. Bambusowe lub drewniane bungalowy i rażąca czerwienia ziemia, stanowiąca piękny kontrast dla soczystej zieleni, która rozpościera się wokół. Ludzie chodzą tu ubrani w tradycyjne stroje, tkane przez kobiety z wioski Katu. Kury i świnki biegają swobodnie obok mnie, przyzwyczajone do obecności turystów.

Tu mężczyzna może poślubić kilka kobiet, decyzja należy do niego – nie do niej. Poza tkaniem i prowadzeniem gospodarstwa domowego, jednym z podstawowych, codziennych zajęć jest tutaj palenie tabaki z dużego, bambusowego bonga. Tubylcy zaczynają palić w wieku 2 lat. Trochę nieswojo mi chodzić po ich terenie, zaburzając ich spokój i nieskażone jeszcze turystyka miejsce.

Staram się więc jak najszybciej okrążyć wioskę. Wkrótce orientuję się jednak, iż moja obecność nie ma dla nich większego znaczenia. Robią swoje, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Dowiaduje się o możliwości pełnienia wolontariatu przy pomocy w gospodarstwie. Jest też możliwość nauki angielskiego na miejscu. Być może wrócę tu za rok, już nie jak zwykły gap…

Plantacje kawy. Plantacje słynnej, laotanskiej kawy rozciągnięte są wzdłuż i wszerz Bolaven Plateau. Warto przyjechać tu choćby po to, by zobaczyć na własne oczy cały kunsztowny proces przygotowań ziarna od podszewki. Ale nie tylko kawą stoją okoliczne tereny. Plantacje słyną bowiem również z herbaty i pieprzu. W lokalnej kawiarni można zrobić zakupy oraz wypić espresso lub zafundować sobie malą filiżankę herbaty (ceny są tu niemal takie same, jak w mieście).

Tad Fan, Tad Lo. Słynne wodospady w tym regionie. Tad Fan miałam okazje zobaczyć z daleka, ale w Tad Lo pływałam już osobiście. Nad brzegami malowniczego wodospadu, znaleźć można kilka przyjemnych bungalowów. Jesli szukasz miejsca na wyciszenie, jestem przekonana, że okolice Tad Lo to idealne miejsce dla Ciebie.

Hot spot. To juz z innej beczki! Ze znajomymi poznanymi na wycieczce umawiamy się tu na kolacje w pobliskich restauracjach nad rzeką Mekong. Niestety większość tutejszych restauracji nie posiada angielskiego menu, nie wspominając już o obsłudze mówiącej po angielsku!

Zamawiam zupę, zwana hot spot, niestety w ciemno – kelnerka nie potrafi wyjaśnić mi należycie co zupa zawiera w swym składzie. Po kilkunastu minutach dostaje więc garnek z wywarem (…)”

Wśród tajemniczych składników odnajduję makaron, jajko, surową wieprzowinę i sałatę + zero wyjaśnień – co i w jakiej kolejności powinnam właściwie skonsumować. Koledzy zamawiają special fish, która okazuje się liśćmi trawy cytrynowej z kilkoma kawałkami, a raczej kośćmi wieprzowiny. Na ich twarzach maluje się wysiłek, gdy minuta po minucie szukają kawałków mięsa wśród kości i trawy…

4000 Islands. Don Det to jedna z wysp, na której relaksowałam się podczas ostatnich moich dni W Laosie. Nazwa podobno wywodzi się od tego, że nad rzeką Mekong w tym rejonie znajduje się aż 4000 wysp. Jeśli preferujesz relaks na hamaku, a zamiast szalonych imprez chętniej wybierasz chillout – koniecznie odwiedź to miejsce. Mnóstwo tu pozytywnych ludzi, ogniska na „plaży”, piękne widoki i cisza. Don Det połączone jest mostem z drugą, spokojniejszą, acz nieco droższą wyspa Don Khon. Obie wyspy z łatwością objedziesz na rowerze w pól dnia! My z grupą znajomych wybraliśmy opcję wycieczki kajakowej. Myślę, że to najlepsza droga no zobaczenie 4000 wysp, nie wspominając o rozrywce, której dostarczyła nam ta podróż!

Wodospady. Jeden mniejszy – niektórzy wskakiwali tu w nurt wody, puszczając się wprost z wiszącej nad rzeką belki (tez chciałam, jednak wisząc stchórzyłam), drugi – największy znajdujący się nad rzeka Mekong. Tu nie polecam próbować wskakiwać, chyba, ze Ci życie niemile…

Delfiny. W rzece podobno żyje jakaś odmiana delfinów. Sama widziałam grzbiet, przez sekundę z odległości 0,5km. Co to było? Do końca nie jestem pewna… Siedzieliśmy w kajakach ok 2h czekając na delfiny, a raczej ich grzbiety. Dla lepszego widoku, zmieniając miejsca co najmniej raz na 5 minut.

Nic dziwnego, że nie zobaczyliśmy ich z bliska. Będąc delfinem siedziałabym pod woda, tak długo, jak długo grupa tępo gapiących się w taflę wody turystów, nie odejdzie stąd, skąd przyszli…

Autor: Ania Berezowska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj